Krivan 2495 m n.p.m. – lipiec 2011

11 07 2011

Wczoraj odwiedziłem Tatry, a konkretnie słowacką częśc. Celem był Krivan – jest najwyższym szczytem tatr słowackich na który prowadzi szlak turystyczny. Słowacy wyznają taką zasade, że na te trudniejsze szczyty nie ma szlaku, trzeba wynając sobie przewodnika i razem z nim zdobyc szczyt. Podejście jest strome i w zasadzie równe. Sama końcówka to już czysta wspinaczka. Szczyt w zasadzie bez większych trudności jednak wydaje mi się że osoby, które nie są przyzwyczajone do takiej charakterystyki podejscia będą czuły się nieswojo. Trasa bez trudności jednak przy burzy, a na naszej drodze było ich chyba ze 3, robi się niebezpiecznie. Mokre granity też nie są najbezpieczniejsze ze względu na śliskie fragmenty na paru odcinkach przydały by się ubezpieczenia w postaci łańcuchów. Wycieczka bardzo fajna, troche długie zejścia dały się we znaki ale generalnie wypad bardzo udany. Poniżej troszkę fotek





Fuerteventura – wulkany, plaże i…

5 06 2011

W maju wybraliśmy sie z żoną na kolejną wyspę kanaryjską – Fuerteventura. Nazwa tłumaczy się dwojako w zależności od źródła: Fuerteventura jako pełna wiatrów (ponoć non stop wieje wiatr) lub też pełna przygód (tutaj można się zgodzić) – w zależności, które tłumaczenie komu bardziej odpowiada. Tym razem lecieliśmy z miasta Katowice.

Wyspa pochodzenia wulkanicznego (jak wszystkie Kanaryjskie) powierzchnia 1660 km^2, ludność około 90 tys osób, liczba kóz na wyspie 120 tys sztuk, czyli więcej niż ludzi :) . Fuerteventura leży najbliżej Afryki ze wszystkich Wysp Kanaryjskich – w najbliższym punkcie to jakies 100km, czemu zawdzięcza plaże ze złocistym piaskiem z Sahary oraz zjawisko, które nazywa sie calima – podczas burzy piaskowej na Saharze drobny piasek unoszony jest w powietrze i z wiatrem dostaje się na Fuerte (na wyspie powietrze widocznie zamglone, a chmury lekko złotawe). Calima to nie tylko ciekawie wyglądające chmury – podczas gdy na wyspę dostaje się piasek z Sahary człowiek odczuwa wyraźnie zmęczenie (coś jak nasz Halny). Niby takie nic, ale muszę przyznac że po 2 dniach odczuwaliśmy to – około godziny 13-14 jakoś tak się oczy kleiły. Ratunkiem była dżemka 15 minutowa po której wstawaliśmy jak nowonarodzeni. Logo wyspy to koziołek. Muszę przyznac, żę podróżując po wyspie na 1 rzut oka nie widac kóz, jednak po oswojeniu się z widokami zaczynamy je zauważac. Jak się okazało już 1 dnia słusznie że logo wyspy to koza ponieważ sery (oczywiście kozie) były fenomenalne o czym poźniej.

Logo wyspy to koziołek. Muszę przyznać, że podróżując po wyspie na pierwszy rzut oka nie widać kóz, jednak po oswojeniu się z widokami zaczynamy je zauważać. Jak się okazało już pierwszego dnia koza, jako symbol wyspy, była słusznym wyborem – na Fuerteventurze kozie sery smakują fenomenalnie.

Po przylocie na lotnisko na Fuerteventura i znalezieniu naszego autobusu, którym mieliśmy dostać się do hotelu zajęliśmy miejsca  na przodzie autobusu. Jak się później okazało oprócz pięknych widoków kierowca dostarczył nam dodatkowych wrażeń – jakby to powiedzieć, tubylcy nie za bardzo stosują się do ograniczeń prędkości. A samo wyprzedzanie tym busem odbywało się praktycznie na „milimetry”.

 

Hotel: to był strzał w 10!!! Sam hotel wybieraliśmy najdłużej. Decyzja o wyjeździe zapadła szybko, samą wyspę także wybraliśmy w tempie błyskawicznym, hotel to już inna bajka. Czytaliśmy fora i różnorakie serwisy gdzie są opinie turystów wypoczywających w danym hotelu. Po przeczytaniu wszystkich chyba opinii jakie były w necie zdecydowaliśmy się na Pajara Beach Hotel z sieci R2. Sam hotel to dośc duży kompleks ale muszę przyznać FULL WYPAS!!! Jedzenie, obsługa, pokoje, zaplecze po prostu wszystko co można sobie zamarzyć.


Po dotarciu do hotelu i zameldowaniu się obowiązywała już formuła All Inclusive, szybko się okazało że chcielibyśmy mieć all na stałe ;) . Pokoje miały być gotowe dopiero na 14, a do hotelu dojechaliśmy przed 12 – niedopatrzenie ze strony ITAKI. Po zjedzeniu pysznego obiadu i dotarciu do pokoju byliśmy gotowi do wypoczynku. Na pierwszy strzał poszła plaża (podobno najpiękniejsza na wyspie) Sotavento. No i cóż, muszę przyznać że robi wrażenie! Nasz hotel nie leżał przy tej plaży więc troszkę trzeba było do niej dojść – jakieś 10 minut spacerku, oczywiście plażą. Droga chociaż przyjemna okazała się wyboista – głównie za sprawą turystów zza naszej zachodniej granicy. Trzeba było uważać, żeby nie zostać oślepionym przez plażowiczów w stroju Adama i Ewy. Dodam tylko tyle, że nie przechodziło się przez plażę nudystów. Była to zwykła plaża dostępna dla wszystkich. Nie jestem pewien, czy to legalne – takie obnażanie bez wcześniejszych znaków, ale tak było

Już pierwszego dnia okazało się, że słońce potrafi był zabójcze. W ferworze walki z pokojem zapomnieliśmy się posmarować. No cóż, dobrze, że słońce jest prawie dokładnie nad głową, bo w przeciwnym razie spalilibyśmy się na skwarki, a tak mieliśmy mocno opalone ramiona i stopy ;) . Po ciekawym pomimo trudności spacerze wróciliśmy na przepyszną kolację okraszoną hiszpańskim winem.

Dzień 2:  budzimy się i co… chmury i to ciemne. Fuerteventura jak i inne wyspy kanaryjskie to dość specyficzne miejsce jeżeli chodzi o pogodę. Rano zachmurzone niebo, a o godzinie 11 nagle wszystko przechodzi – tym razem było inaczej, bo nie było wiatru (a niby wieje tutaj non stop). Wyspa ma 20 dni w roku, w których pada deszcz. Złe określenie pada – lepiej powiedzieć, że delikatnie pryska. Oczywiście wstrzeliliśmy się w  te 20 dni ;) . Na szczęście tylko 2 dni były takie. Doświadczyliśmy deszczu podczas wyprawy samochodem w dniu następnym. W sumie nie zasmuciliśmy się za bardzo, lekko spalone ramiona miały dzień na odpoczynek od słońca. Tego dnia czekało nas zebranie z rezydentką oraz szukanie wypożyczalni auta. Na spotkaniu zapisaliśmy się na wycieczkę (o tym później) oraz wyruszyliśmy  na szukanie auta. Okazało się, że wyspa jest droższa niż Lanzarote i nie weźmiemy auta na dłuższy czas. Po szybkiej decyzji umówiliśmy się z panią, że dnia następnego podjedzie po nas do hotelu i spiszemy umowę. Resztę dnia spędziliśmy w hotelu (pogoda) delektując się wyśmienitymi kozimi serami oraz winem.

Dzień 3: O godzinie 9 przyjechał po nas pan i zabrał nas do wypożyczalni, gdzie podpisaliśmy umowę i dostaliśmy pięknego czerwonego nissana micra. Autko nie jakieś wypasione, ale dawało radę. Po zapakowaniu się do auta wyruszyliśmy na wyprawę po wyspie. Z uwagi na fakt, że auto mieliśmy na 2 dni podzieliliśmy atrakcje i na 1 dzień z autem wyznaczyliśmy trasę na północ zachodnim wybrzeżem. Na Fuercie nie ma za dużo dróg, a właściwie są 2 główne zachodnia i wschodnia.

Pierwsze miejsce w jakie dotarliśmy to Ajuy (czyt: Ahuj) – mała wioska rybacka z kamienistą plażą. Miejsce dość urokliwe ze względu na klify w kolorze białym, oraz jaskini,e a raczej tunele, którymi lawa płynąca z wulkanów docierała do oceanu.


Następnie wyruszyliśmy dalej na północ przejeżdżając przez góry. Droga pięła się do góry robiąc się coraz bardziej kręta. Stwierdziliśmy z żoną, że jest to najciekawsza droga jaką jechaliśmy – momentami było dość wąsko (ciężko było sie minąć z samochodem nadjeżdżającym z przeciwka). Droga sama w sobie atrakcyjna – jak dodamy do tego wspaniałe widoki to wyjdzie nam niesamowita mieszanka.  W górach zakosztowaliśmy kanaryjskiego deszczu, a raczej malutkiej mżaweczki, której ciężko było dotrzeć do ziemi, bo parowała w mgnieniu oka. Po drodze jest sporo tarasów widokowych jednakże nie mieliśmy okazji podziwiania w pełni widoków ze względu na pogodę – myślę, że mieliśmy okazję w tym dniu podziwiać Fuertę jakiej dużo ludzi nie widzi (20 dni w roku deszczu). W połowie tej pięknej drogi leży mała miejscowość Betancuria: dawna stolica wyspy. Położona w centralnej części wyspy i otoczona górami (wygasłymi wulkanami) – wszystko to miało sprawić, żeby piraci z Afryki nie mieli łatwego dostępu do stolicy. Samo miasteczko bardzo urokliwe i chyba najładniejsze na wyspie.

Po krótkim pobycie w Betancurii ruszyliśmy dalej na północ mijając kolejne małe miejscowości oraz atrakcje, które były opisane w przewodniku oraz oznaczone jako warte do zobaczenia. Szczerze powiem, że nie  wszystko co jest opisane w przewodniku jest warte zobaczenia. Były miejsca gdzie przewodnik ładnie opisywał a po dotarciu na miejsce okazywało się, że za bardzo nie ma co oglądać (patrz: La Oliva, gdzie największą atrakcją była kawa :) która była dobra).


Po wyjechaniu z miasta La Oliva kierowaliśmy się dalej na północ. Dotarliśmy do miasteczka El Cotillo gdzie był cudowny zamek ;) jak na Fuertę – nie są to zamki Szkocji czy też Francji, ale ciekawy był ;) . Do środka nie wchodziliśmy (wstęp 2 euro)-  stwierdziliśmy, że nie warto fotka niżej. W przewodniku było napisane, że jest ładna latarnia więc podjarani poszliśmy jej szukać. Jak się później okazało była oddalona o parę kilometrów od miasteczka. Dotarliśmy nad brzeg oceanu, gdzie obserwowaliśmy krewetki oraz kraby żyjące w jeziorkach powstałych podczas odpływu. Aga nazbierała troszkę muszelek (bardzo ładne nawiasem mówiąc), które okazały się nadzwyczaj ruchliwe jak na muszelki. Chyba znudziło im się siedzenie w torebce i chciały pozwiedzać świata. Następnego dnia musieliśmy kraby odstawić do wody.


W El Cotillo poszliśmy sobie na przepyszny obiadek. Przystawka + picie (alkoholowe lub nie) + danie głowne + kawa za 7,5 euro – przystępna cena. Pani (chyba właścicielka) wprowadzała miła atmosferę podśpiewując i uśmiechając sie do nas co chwile. Po obiedzie zdecydowaliśmy, że resztę zwiedzamy następnego dnia i wróciliśmy do hotelu. Z północy na południe jest jakieś 100 km, czyli mniej więcej trzeba liczyć 1,5 godziny podróży. Dodam tylko, że zachodnia droga jest mniej kręta od wschodniej, gdzie podróż na północ (100km) zajmowała jakieś 4 godziny.


Praktycznie już przy samej miejscowości, w której mieszkaliśmy – Costa Calma – była stara latarnia morska, którą postanowiliśmy zwiedzic. Do latarni prowadzi droga szerokości 1 samochodu. Zważywszt na to, żę latarnia znajduje się na klifie, który wznosi się na 150 m do góry – droga była bardzo stroma (mała micra ledwo dawała radę wjechac). Szczerze mówiąc był to najbardziej stresujący kawałek asfaltu w moim życiu (Agi też). Nachylenie drogi, jej szerokośc oraz wyrwy pojawiające się na brzegach w asfalcie wszystko to powodowało niezapomniane wrażenia. Dodam tylko że podczas całego pojazdu, a później zjazdu nie ma miejsca żeby się minąc z nadjeżdzającym z przeciwka samochodem czy też innym środkiem transportu. Czy jechało się z duszą na ramieniu bo nie byliśmy pewni czy coś nie wyjedzie za serpentyny.

Dzień 4: Dzień przywitał nas pięknym słońcem. Do zwiedzenia mieliśmy drugą część wyspy. Przejechaliśmy przez parę miasteczek, a poźniej słynne na Fuercie wydmy (park narodowy), gdzie urządziłem polowanie na kozy (dzikie). Oczywiście w celach fotograficznych. Dodam, że to były pierwsze kozy jakie widziałem – Aga śmieje się ze mnie, że je sobie wymarudziłem ;) . Samo miejsce robi wrażenie.

W drodze powrotnej wjechaliśmy do IKEI. Stwierdziliśmy że załatwimy potrzebę fizjologiczną, a przy okazji pooglądamy co Hiszpanie mają no i oczywiście zjemy hot-doga :) . Heh. Jak się okazało cała IKEA miała powierzchnię +- 100 metrów kw. Miała parę  ekspozycji oraz 4 stanowiska komputerowe z katalogami IKEI, gdzie człowiek przychodził przeglądał sobie katalog oraz zamawiał rzeczy. Oczywiście nie musze pisać, że po pysznych hot-dog’ach nie było śladu :( . Powiedzmy sobie szczerze, kto nie lubi hot-dog’ow z IKEI?

Dzień5: na ten dzień była zaplanowana wycieczka na Lanzarote. Nie będę się rozpisywał ponieważ relacja już była z zeszłego roku. Dodam tylko tyle, że wyspa zrobiła znowu na mnie duże wrażenie. Odwiedziliśmy winiarnię La Geria, gdzie zaopatrzyliśmy się w najlepsze wino jakie piłem! Uprawiane jest na ziemi wulkanicznej czemu zawdzięcza bogactwo minerałów oraz niepowtarzalny smak. Cały proces wytwarzania wina jest ręczny oraz niezmieniony od setek lat. Następnie pojechaliśmy do Jameos del Aqua – jaskini zaprojektowanej przez Cesare Manrique’a (tak jak i całość wyspy).

Oczywiście był taras widokowy na najwyższym wzniesieniu Lanzarote – niestety chmury dały nam piękny widok

 

Następnie Jameos del Aqua – jaskina zaprojektowana przez Cesare Manrique’a (tak jak i całośc wyspy).

Poźniej wulkany!!! Których na Lanzarote jest 300 sztuk

Oraz jeziorko El Golfo

I Los Hervideros – tunele lawowe

Resztę dni planowo chcieliśmy spędzic na odpoczynku typowym czyli wylegiwanie. Trochę urozmaicenia wprowadzały gry zespołowe z animatorami hotelowymi. Wzieliśmy udział w zawodach strzeleckich. Strzały z wiatrówki do tarczy – wyobraźcie sobie ze udział wzieli: myśliwy , żołnierz, były żołnierz, kolo wyglądający jak Texas Ranger :) i my. Udało mi się zając 2 miejsce z tytułu którego dostałem piękny dyplom. Natomiast moja żona zajęła 1 miejsce i oprócz dyplomu dostała także MEDAL!!!

Generalnie animatorzy bardzo mili zachęcali do udziału w grach i zabawach, które były bardzo ciekawe i fajne. Zaliczyliśmy także tenis z niemcami oraz Darty :) (gdzie zdobyłem 3 miejsce).

Jak to się mówi to co dobre szybko się kończy tak też koniec naszego wypoczynku nadszedł z nienacka.








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.